Masz 30, 40, a może 50 lat.
W świecie zewnętrznym jesteś kimś. Masz odpowiedzialną pracę, płacisz kredyty, wychowujesz dzieci, podejmujesz trudne decyzje. Twoje CV wygląda imponująco, a znajomi podziwiają Twoją zaradność.
Na poziomie intelektualnym doskonale wiesz, że jesteś odrębną, dorosłą jednostką. Wiesz, że opinia Twojej matki na temat Twojego nowego partnera nie powinna Cię definiować. Wiesz, że sceptyczne spojrzenie ojca, gdy opowiadasz o swoim awansie, nie powinno burzyć Twojego poczucia wartości.
Teoria jest prosta. A potem dzwoni telefon.
Wyświetla się „Mama” lub „Tata”.
I nagle, w ułamku sekundy, cała Twoja dorosłość wyparowuje. Twój kręgosłup mięknie, głos staje się wyższy, a w żołądku pojawia się ten znajomy, lodowaty supeł.
Wystarczy jedno ich zdanie, jedno westchnienie, a nawet wymowne milczenie, żebyś znów poczuł/a się jak bezradny pięciolatek, który coś zbroił, albo który desperacko próbuje pokazać laurkę, by usłyszeć:
Brawo, kochanie.
Guzik kliknięty, program już działa w tle. Triger zadziałał idealnie, bo przecież oni sami go instalowali przez lata.
Dlaczego to jest tak silne?
Dlaczego, mimo upływu lat, terapii i sukcesów, ten jeden bastion pozostaje niezdobyty?
Wstydliwy sekret dorosłości.
Przyznanie się do tego jest potwornie trudne. Wstydzimy się tego, że nadal tak bardzo nam zależy. Czujemy się żałośni, wciąż zabiegając o uwagę ludzi, którzy być może nigdy nie dali nam jej w wystarczającej ilości.
To ciągłe poszukiwanie aprobaty przybiera różne maski:
- Nadmierne osiągnięcia: Zdobywasz kolejne dyplomy, awanse i szczyty nie dla siebie, ale po to, by w końcu zobaczyć błysk dumy w oku ojca.
- Bycie „grzecznym dzieckiem”: Nawet jako dorosły/a unikasz konfliktów, zgadzasz się na niewygodne prośby rodziców, rezygnujesz ze swoich planów na święta, byle tylko ich nie „zranić” (czytaj: nie spotkać się z ich dezaprobatą).
- Rebelia: Robisz wszystko na przekór nim, manifestując swoją „niezależność”, ale tak naprawdę każdy Twój ruch jest nadal podyktowany przez nich, tylko w negatywie.
Niezależnie od strategii, cel jest jeden: sprawić, by w końcu mnie
ZOBACZYLI.
By uznali moją wartość.
Pierwotna waluta przetrwania.
Musisz zrozumieć jedną rzecz: to nie jest Twoja słabość charakteru. To jest biologia.
Dla małego dziecka aprobata rodzica to nie jest miły dodatek do życia. To kwestia przetrwania. Uśmiech matki, aprobujące spojrzenie ojca. To sygnały, które mówią pierwotnemu układowi nerwowemu dziecka:
Jesteś bezpieczny. Należysz do stada. Nie zostaniesz porzucony na pewną śmierć.
Gdy jesteśmy mali, nasze poczucie „ja” nie istnieje w próżni. Jest budowane w oczach naszych opiekunów. Jesteśmy jak puste naczynia, które wypełniają się tym, co wlewają w nas rodzice. Jeśli wlewają zachwyt, miłość i akceptację, wtedy czujemy się pełni.
Jeśli wlewają krytykę, obojętność lub warunkową miłość (kocham cię, tylko gdy jesteś grzeczny) naczynie pozostaje puste lub wypełnia się lękiem.
Problem polega na tym, że jeśli nie dostaliśmy tego „paliwa” wtedy, gdy go najbardziej potrzebowaliśmy, dorastamy z dziurą w środku.
I choć nasze ciało rośnie, ta wewnętrzna dziura pozostaje taka sama.
Jako dorośli próbujemy ją zasypać sukcesami, pieniędzmi, związkami. Ale to nie działa. Bo ta konkretna dziura ma kształt aprobaty matki lub ojca. I wydaje nam się, że tylko oni mogą ją wypełnić.
Żyjemy więc w stanie ciągłego, podświadomego oczekiwania. Czekamy na moment, w którym rodzic w końcu „zrozumie”, przeprosi, albo chociaż raz szczerze pochwali.
Skoro wiemy już, że to nie jest Twoja „fanaberia”, ale głęboka, niezaspokojona potrzeba z przeszłości, musimy przyjrzeć się temu, co utrzymuje ten mechanizm przy życiu przez dekady.
Co sprawia, że 40-letni dyrektor banku poci się przed wizytą u emerytowanego ojca? Co sprawia, że spełniona artystka chowa swoje najlepsze prace, bojąc się krytycznego spojrzenia matki, która sztuki nie rozumie?
To coś nazywam Iluzją Magicznego Przełącznika.
Fantazja o Wielkim Finale.
Większość z nas, dorosłych dzieci emocjonalnie niedostępnych lub krytycznych rodziców, nosi w sobie głęboko ukrytą fantazję. To scenariusz filmowy, który odtwarzamy w głowie tysiące razy.
W tej fantazji nadchodzi „ten dzień”. Może to Wigilia, może Twoje okrągłe urodziny, a może moment, gdy odbierasz prestiżową nagrodę. W tej fantazji Twój rodzic nagle „widzi”.
Jakaś magiczna klapka w jego głowie przeskakuje. Jego oczy zachodzą łzami wzruszenia, bierze Cię za rękę i mówi:
Boże, przepraszam. Byłem ślepy. Jesteś wspaniały/a. Zawsze byłeś/aś. Jestem z Ciebie taki dumny. Kocham Cię bezwarunkowo.
I w tej jednej sekundzie, w tej fantazji, cała dziura w Twoim sercu się zasklepia. Cały ból z dzieciństwa znika. Nareszcie jesteś „naprawiony/a”.
To piękna wizja. Problem w tym, że to tylko wizja. To bajka, którą Twoje Wewnętrzne Dziecko opowiada sobie, żeby przetrwać ból odrzucenia.
Próba wyciśnięcia wody z kamienia.
Iluzja Magicznego Przełącznika jest toksyczna, ponieważ każe Ci wierzyć, że klucz do Twojego poczucia wartości znajduje się w kieszeni Twojego rodzica.
Co więc robisz? Całe swoje dorosłe życie podporządkowujesz próbie zdobycia tego klucza.
Starasz się bardziej. Jesteś jeszcze grzeczniejszy/a. Osiągasz jeszcze więcej. Kupujesz im droższe prezenty. A kiedy to nie działa buntujesz się, krzyczysz, zrywasz kontakt, mając nadzieję, że ten wstrząs ich „obudzi”.
Wszystko to jest jak wrzucanie kolejnych monet do zepsutego automatu. Myślisz:
Może ta moneta zadziała. Może jak wrzucę ją pod innym kątem, to w końcu wypadnie nagroda.
Muszę Ci powiedzieć coś brutalnie szczerego. Jeśli Twój rodzic nie potrafił dać Ci bezwarunkowej akceptacji, gdy miałeś/aś 5, 10 czy 15 lat, to nie dlatego, że Ty byłeś/aś „niewystarczający/a”.
Nie dał Ci jej, ponieważ sam/a jej nie miał/a.
Nie możesz nalać z pustego dzbanka.
Twoi rodzice są ograniczeni przez własne traumy, własne niedojrzałości, własne blokady emocjonalne, które odziedziczyli po swoich rodzicach. Wtedy nie było warsztatów, tylu książek, a psycholog to był dla tych „chorych”, których się zamka w białym ubranku z przydługimi rękawami.
Twoja nadzieja na „Magiczny Przełącznik” to próba wyciśnięcia wody z kamienia. Nieważne, jak mocno będziesz ściskać ten kamień, nieważne, jak wspaniałym staniesz się człowiekiem, kamień nie stanie się gąbką.
Emocjonalny zakładnik.
Jaka jest cena utrzymywania tej iluzji?
Gigantyczna.
Dopóki wierzysz, że to ONI muszą Cię uznać, żebyś Ty poczuł/a się wartościowy/a jesteś ich emocjonalnym zakładnikiem.
Oddajesz pilota do swojego samopoczucia w ręce ludzi, którzy (często nieświadomie) nie potrafią go obsłużyć.
Mama pochwali Twój sernik? Czujesz euforię przez tydzień.
Tata skrzywi się na wieść o Twoim awansie? Wpadasz w dół i kwestionujesz sens swojej kariery.
To nie jest dorosłość.
To jest bycie marionetką na bardzo starych, splątanych sznurkach.
Największą tragedią nie jest to, że nie dostałeś/aś tej miłości w dzieciństwie. To już się stało.
Największą tragedią jest to, że jako dorosły człowiek, mając już inne zasoby, wciąż stoisz pod tymi samymi zamkniętymi drzwiami i żebrzesz o wpuszczenie, podczas gdy obok Ciebie stoi otwarty dom pełen ciepła. Dom, który sam/a możesz zbudować.
Aby wejść do tego nowego domu, musisz zrobić coś najtrudniejszego na świecie.
Musisz zabić nadzieję.
Doszliśmy do ściany. Wiesz już, że stoisz pod drzwiami, które są zamknięte od lat, i trzymasz w ręku walutę (swoje osiągnięcia, swoje bycie „grzecznym”), która w tym domu nie ma żadnej wartości.
Co teraz?
Jeśli ten tekst do tej pory był trudny, ta dalsza część może być bolesna. Ale jest to ten rodzaj bólu, który towarzyszy nastawianiu złamanej kości. Boli jak diabli, ale jest konieczny, by w końcu mogła się prawidłowo zrosnąć.
Aby stać się prawdziwie dorosłym, musisz przejść przez proces, który nazywam Pogrzebem Nadziei.
Żałoba po rodzicach, których nigdy nie było.
Musisz opłakać tę fantazję. Musisz uznać brutalną prawdę: ten „magiczny moment”, w którym Twoja matka lub Twój ojciec w końcu Cię zobaczą, docenią i przeproszą, najprawdopodobniej nigdy nie nadejdzie.
Nie dlatego, że Ty jesteś zły/a.
Nie dlatego, że oni są potworami (choć czasem ich zachowania bywają potworne i karalne).
Ale dlatego, że są emocjonalnie niezdolni do dania Ci tego, czego potrzebujesz.
Ich własne ograniczenia są zbyt silne.
Ten proces to prawdziwa żałoba. Musisz pożegnać się z obrazem idealnego rodzica, którego nosiłeś/aś w sercu jako dziecko. Musisz pozwolić sobie na złość, na rozpacz, na głęboki smutek małego dziecka, które czekało na próżno. Czas zobaczyć ich jako zwykłych ludzi. Ze swoimi problemami, traumami, słabościami i innymi niedoskonałościami.
To brzmi okrutnie: „Porzuć nadzieję”. Ale paradoksalnie, porzucenie tej konkretnej, dziecięcej nadziei jest aktem największego miłosierdzia wobec samego siebie.
Dopóki masz nadzieję, że oni to naprawią, stoisz w miejscu. Kiedy ta nadzieja umiera, odzyskujesz wolność ruchu. Przestajesz czekać.
Detronizacja Króla i Królowej.
W procesie stawania się dorosłym następuje moment, który jest kluczowy: uczłowieczenie rodziców.
Dla małego dziecka rodzice są jak bogowie. Są wielcy, wszechmocni, znają całą prawdę o świecie i o nas. Ich opinia jest wyrocznią. Bez nich byś nie przeżył/a.
Problem w tym, że wielu z nas w wieku 40 lat nadal patrzy na swoich rodziców z tej żabiej perspektywy.
Uzdrowienie polega na tym, by wstać z kolan i spojrzeć im prosto w oczy, jak równy z równym.
I zobaczyć, kim są naprawdę.
Zobaczyć ich nie jako „Mamę” i „Tatę” (mityczne figury), ale jako starzejącą się kobietę i starzejącego się mężczyznę. Ludzi, którzy mają swoje lęki, swoje traumy, swoje ograniczone poglądy na świat, ukształtowane przez czasy, w których żyli.
Gdy ich „uczłowieczasz”, zdajesz sobie sprawę z czegoś wyzwalającego:
Ich opinia o Tobie nie jest Prawdą Objawioną o Twojej wartości.
Jest tylko ich opinią.
Ich krytyka Twojego życia mówi więcej o ich lękach niż o Twoich wyborach. Ich brak zachwytu mówi więcej o ich emocjonalnej pustce niż o Twoich osiągnięciach.
Stań się tym, na kogo czekasz.
Kiedy przestajesz żebrać o miłość na zewnątrz, zdajesz sobie sprawę, że to puste naczynie w Twoim środku nadal tam jest i domaga się wypełnienia.
Skoro oni nie mogą tego zrobić, kto to zrobi?
Ty.
To jest moment narodzin prawdziwego dorosłego.
Moment, w którym przejmujesz obowiązki rodzicielskie wobec własnego Wewnętrznego Dziecka.
To proces zwany samorodzicielstwem.
Oznacza to, że zaczynasz dawać sobie samemu/samej to, czego nie dostałeś/aś od nich:
- Kiedy odnosisz sukces, sam/a stajesz przed lustrem i mówisz:
Jestem z siebie cholernie dumny/a. Zrobiłem/am kawał dobrej roboty. - Kiedy jest Ci ciężko, zamiast dzwonić do matki (wiedząc, że Cię skrytykuje), sam/a otulasz się kocem i mówisz do siebie:
Widzę, że jest Ci trudno. Jestem tu z Tobą. Przejdziemy przez to razem. - Kiedy słyszysz w głowie krytyczny głos ojca, Twój Wewnętrzny Dorosły staje w obronie dziecka i mówi:
Dość. Nie zgadzam się na takie traktowanie.
Jestem wartościowy/a niezależnie od tego, czy popełniłem/am błąd.
To trudna praca. Na początku czujesz się sztucznie, dziwnie.
Ale z czasem ten nowy, wspierający głos wewnętrzny staje się silniejszy niż stare głosy Twoich rodziców.
Największy sukces.
Prawdziwa dorosłość nie polega na tym, że rodzice w końcu biją nam brawo.
Prawdziwa dorosłość polega na tym, że schodzisz ze sceny, siadasz na widowni, sam/a bijesz sobie brawo i czujesz, że to wystarczy.
Kiedy przestajesz potrzebować ich aprobaty, żeby czuć się dobrze – wtedy, paradoksalnie, Twoja relacja z nimi może się nawet poprawić. Bo przestajesz na nich wywierać presję, by byli kimś, kim nie są.
Możesz ich kochać takimi, jakimi są, z bezpiecznego dystansu, bez oddawania im władzy nad sobą. Możesz nie chcieć z nimi utrzymywać kontaktu przez to co Ci zrobili. Ale to dzięki nim tutaj jesteś. To dzięki nim możesz doświadczać życia. Natomiast JAK to doświadczasz, to już tylko Twoja odpowiedzialność.
Jesteś już duży/a. Poradzisz sobie. Masz w sobie wszystko, czego potrzebujesz, by zbudować ten dom pełen ciepła, na który tak długo czekałeś/aś.
Wiesz jaka jest różnica między losem a przeznaczeniem?
Los dziedziczymy po przodkach, to to co dostaliśmy jako „wiano” (jak się kiedyś mówiło). Przeznaczenie tworzymy sami, przez nasze wybory, działania, ale też przez ich brak. Bo brak działania czy wyboru to też wybór, czy brak. Zostaje tu jedno pytanie komu oddajesz odpowiedzialność za swoje życie?
Sobie, czy innym?
To nie jest sprint, to maraton.
Wiem, że to wszystko, co przeczytałeś/aś powyżej, brzmi logicznie na poziomie intelektualnym. Twoja dorosła głowa kiwa ze zrozumieniem. Ale wiem też, że kiedy odłożysz ten tekst, a godzinę później zadzwoni telefon i na wyświetlaczu pojawi się „Mama” lub „Tata”, stara ścieżka neuronowa w Twoim mózgu zapłonie na nowo.
Znów poczujesz ten ścisk w żołądku.
Znów będziesz chciał/a się usprawiedliwiać, zasłużyć, uciszyć konflikt.
I to jest w porządku. To nie jest porażka.
To dowód na to, jak głęboko te mechanizmy są w nas zakorzenione.
Nie oczekuj od siebie, że po przeczytaniu trzech artykułów naprawisz trzydzieści lat warunkowania.
Budowanie Wewnętrznego Dorosłego to proces.
To codzienne, małe wybory.
To setki razy, kiedy łapiesz się na starej reakcji i z łagodnością przekierowujesz się na nową ścieżkę.
Twoje zadanie na dziś:
Następnym razem, gdy poczujesz ten znajomy lęk przed ich oceną, zrób tylko jedną rzecz.
Zatrzymaj się.
Weź głęboki oddech. Połóż rękę na sercu i powiedz w myślach do swojego Wewnętrznego Dziecka:
Widzę, że się boisz.
To stara reakcja.
Ale teraz jestem tu ja Dorosła/y.
I ja o nas zadbam.
Jesteśmy bezpieczni, niezależnie od tego, co oni powiedzą.
Tylko tyle. I aż tyle.
Przestań czekać na pozwolenie na bycie sobą. Nikt Ci go nie wyśle pocztą. Ty sam/a musisz je sobie wypisać.
Nie musisz iść tą drogą sam/a.
Proces „odklejania się” od oczekiwań rodziców, żegnania dziecięcych nadziei i budowania wspierającego Wewnętrznego Dorosłego to jedna z najtrudniejszych podróży w życiu. To praca na głębokich emocjach, pełna pułapek i momentów zwątpienia.
Łatwo jest zbłądzić, gdy stare głosy w głowie krzyczą głośniej niż ten nowy, wspierający.
Jeśli czujesz, że utknąłeś/aś w roli „wiecznego dziecka” czekającego na oklaski. Jeśli chcesz w końcu stanąć na własnych nogach emocjonalnych i potrzebujesz przewodnika, który pomoże Ci przejść przez ten proces bezpiecznie, jestem tu dla Ciebie.
W mojej pracy pomagam dorosłym ludziom odzyskać władzę nad swoim życiem, postawić zdrowe granice (również rodzicom) i nauczyć się radykalnej czułości wobec samych siebie.
Abyś w końcu mogła/mógł usłyszeć swoją Cichą Wiedzę Serca.
Zapraszam Cię do wspólnej pracy. Przestańmy czekać, aż inni Cię docenią.
Zacznijmy budować Twoją wewnętrzną siłę, która nie potrzebuje zewnętrznych oklasków.
Zbuduj dom, w którym to Ty ustalasz zasady.
Żyj po swojemu.
Szczęśliwie.